|
Watahy dzików grasują po osiedlach i niszczą ludziom ogródki. Coś trzeba z tym zrobić. Albo dziki złapać i wywieźć, albo odstrzelić - uważa radny Piotr Jania (PiS), który wystosował w tej sprawie oficjalne pismo do prezydenta miasta.
Jania przyznaje, że problem jest znany od lat, ale twierdzi, że ostatnio przybrał katastrofalne rozmiary (radny nie podaje żadnych danych liczbowych na potwierdzenie tej tezy). W liście do prezydenta Szczecina pisze "coraz częściej dziki niszczą parki, działki i ogródki przydomowe. (...) Problem ten dotyczy wszystkich dzielnic poza centrum miasta. Dziki w poszukiwaniu pożywienia podchodzą coraz bliżej domostw stając się prawdziwą plagą (...) Kiedy wreszcie ktoś zrobi z tym porządek?" - Trzeba je wyłapać i gdzieś wywieźć - uważa Piotr Jania. - Albo odstrzelić, żeby ludzie mogli sobie w spokoju hodować rośliny.
Ryszard Czeraszkiewicz, szczeciński łowczy miejski zapewnia, że akcja eliminacji dzików trwa cały czas. Tylko w zeszłym roku koła łowieckie wystrzelały ich ok. tysiąca (szacuje się, że w okręgu szczecińskim żyje około 20 tysięcy dzików, dodatkowe dwa tysiące mieszkają na obrzeżach miasta). Ale problemu całkowicie rozwiązać się nie da.
- Dziki przyzwyczaiły się do miasta - mówi Czeraszkiewicz. - To są bardzo wytrzymałe i zdeterminowane zwierzęta. Potrafią co noc przepływać Odrę, żeby dobrać się do marchewek w ogródku. A ludzie, niestety, nie grodzą swoich upraw. W większości przypadków, do których jestem wzywany, zastaję płot w katastrofalnym stanie. Przecież jeżeli do mieszkania wejdzie mi złodziej przez otwarte drzwi, to nie mam prawa mieć do nikogo pretensji.
Straż miejska potwierdza, że zgłoszeń związanych z dzikami jest dużo. W ciągu ostatnich trzech miesięcy było ich 41. Najczęściej z dzielnic północnych i prawobrzeża, ale także ul. Chopina, z Arkońskiej, Wyspy Puckiej. - Głównie są to sprawy dotyczące całych stad dzików, które podchodzą pod domy - mówi Joanna Wojtach, rzeczniczka szczecińskiej straży miejskiej. - Ludzie narzekają, że zwierzęta niszczą im uprawy, że zakłócają porządek publiczny. Często dzwonią mieszkańcy hotelu robotniczego przy ul. Kablowej. Skarżą się, że jeden z lokatorów dokarmia dziki i dzieci się boją. Są też telefony dotyczące tego, że zwierzyna rozrzuciła śmieci albo zniszczyła płot.
Jak reaguje SM?
- Dzwonimy do łowczego miejskiego albo, gdy on jest zajęty, do pogotowia dla dzikich zwierząt - tłumaczy Wojtach. - Oni wypłaszają zwierzęta, wywożą jej do lasu. Strażnicy nie mają technicznych możliwości, żeby cokolwiek zrobić z dzikiem.
Komentarz
Dzik. Wielki, groźny i co gorsza, spacerujący z całą rodziną! Ryje w grządkach, rozwala śmietniki... To prawdziwy koszmar dla mieszczanina, który wybudował dom pod lasem.
Chciałabym, w imieniu dzików, poprosić Państwa o odrobinę wyrozumiałości. Wasze piękne wille stoją tam, gdzie kiedyś był ich dom. To wy zabraliście ich przestrzeń, a nie one zawłaszczają waszą. Wystarczy odrobina wiedzy o zachowaniach zwierząt, żeby wiedzieć, że dzik nie czyha w krzakach, żeby porwać dziecko albo rozszarpać psa. On szuka jedzenia. Widząc człowieka ucieknie. Nie dobierze się do dobrze ogrodzonego śmietnika. Nie zniszczy dobrze zabezpieczonego ogrodu. A jeśli ktoś nie może znieść widoku dzika, proponuję przeprowadzić się na 10. piętro bloku na Pomorzanach. Tam dzików brak.
Anna Łukaszuk
Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin, str.2, z dn.28.06.2011r.
|