|
W lecie handel wychodzi na ulice naszych miast. Pojawiają się stoiska z warzywami, owocami i czym się da. Zawsze wtedy straż miejska pręży muskuły i zapowiada walkę do ostatniego straganu.
Pan Janek od kilku lat sprzedaje warzywa na jednym ze stołecznych osiedli. Dzieci mówią mu "dzień dobry". I klientela zawsze dopisuje, bo pan Janek ma świeże warzywa i owoce po niższych cenach niż w sklepach. Niemal zawsze pojawia się w tych samym miejscu, na mało uczęszczanym fragmencie chodnika przy osiedlowym parkingu. Mimo że zawsze rozstawionych ma dużo skrzynek i kartonów, to zawsze gdy pakuje wieczorem towar, miejsce jest wysprzątane. Pan Janek nie płaci za miejsce, ale spółdzielnia go toleruje, bo warzywa ma zawsze świeże i wieczorem po prowizorycznym stoisku nie ma już śladu. Często widać, jak starannie zamiata chodnik.
Zabrać skrzynki z pomidorami
Ale pan Janek to niestety wyjątek. Gdzie indziej mieszkańcy, choć chętnie kupują na ulicy, skarżą się na góry śmieci, legalni sprzedawcy narzekają na nieuczciwą konkurencję. Bo ci uliczni zazwyczaj nie płacą ani podatków, ani za miejsce do sprzedaży. - Handlarze pojawiają się w miejscach dla nich atrakcyjnych. Tam gdzie nie brakuje ludzi - mówi Monika Niżniak, rzeczniczka stołecznej straży miejskiej. Walka staje się coraz ostrzejsza, bo straż zaczęła zabierać towar. Takie właśnie akcje przeprowadziła w Szczecinie, Warszawie i Trójmieście, tam zresztą było najostrzej, bo doszło do bójki. W Warszawie w okolicach dworca Wileńskiego strażnicy pakowali do samochodów skrzynki pełne warzyw i owoców.
Szczecin walczy z ulicznymi sprzedawcami ubrań i kwiatów.
Straż wykorzystała nowelizację kodeksu wykroczeń. Wcześniej mogła karać za "zajmowanie pasa ruchu". Kiedy przepis z kodeksu wykreślono, dzikie targowiska zaczęły się gwałtownie rozrastać. Miasta zareagowały zarządzeniami prezydentów, które w ramach przepisów porządkowych odwołują się do kodeksu cywilnego. Chodzi o to, że właściciel nieruchomości (w tym wypadku miasto) może przywrócić swój "stan posiadania", czyli usunąć tych, którzy zajmują jego ziemię. Tak działają Warszawa, Szczecin, Łódź i Gdańsk. Inne miasta się do tego przymierzają. Łódź nie tylko zabiera towar, tam także straż miejska wystawiła w ubiegłym roku najwięcej w Polsce mandatów za uliczny handel - ponad 10 tys. Warszawa - ok. 6 tys. - Jest lepiej niż np. dwa lata temu - mówi Leszek Wojtas ze Straży Miejskiej w Łodzi. - Zniknęły zorganizowane grupy zajmujące się nielegalnym handlem. Teraz handlują tylko pojedyncze osoby. Handel na ulicy stał się nieopłacalny i kosztuje dużo nerwów - dodaje.
Czy dzicy sprzedawcy znikną z naszych ulic? - Jestem realistką. To proces, który trwa latami - mówi Joanna Wojtach, rzeczniczka szczecińskiej straży miejskiej. - Zresztą są miejsca, gdzie nie możemy zabierać towaru, np. na terenach należących do spółdzielni mieszkaniowych i osób prywatnych - dodaje Wojtach.
Zaś dr Krzysztof Łęcki, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego broni bazarów. - Przetrwają, bo po pierwsze szukamy na nich okazji. Po drugie ciągnie nas egzotyka robienia zakupów. Bazar wytwarza atmosferę, że znajdziemy coś naprawdę wyjątkowego. Nawet jeśli się nie udaje, to pozostaje mglista idea, za którą podążamy. Bazary są nam potrzebne. To jak z bigosem na stacji kolejowej. Wiadomo, że wszystko jest nieświeże, że można zjeść lepszy bigos gdzie indziej. A mimo to smak bigosu na stacji pozostaje niezapomniany.
Kalendarium największych bitew z handlem ulicznym w Warszawie:
- 1991 - likwidacja części bazaru na pl. Defilad. Po raz pierwszy zdecydowano się usunąć nielegalne targowiska. Szeryfem okazał się ówczesny burmistrz Śródmieścia Jan Rutkiewicz. Na miejscu bazaru stanęły nieistniejące już hale Marcpolu i Universalu.
- 1999 - likwidacja szczęk pod Pałacem Kultury i Nauki. Koniec jednego z flagowych targowisk. Kupcy się zjednoczyli i wymusili na władzach miasta ustępstwa. W efekcie powstała hala KDT, o którą w 2009 odbyła się regularna bitwa.
- 2000 - wielka akcja "czyszczenia" ul. Marszałkowskiej. Odbywały się regularne podchody. Walka ciągnęła się tygodniami. Kupcy wracali na to samo miejsce, gdy strażnicy kończyli pracę.
- 2001 - koniec bazaru pod halą Mirowską. Były protesty, transparenty: Nasze dzieci nie mają co jeść. Sprawa trafiła do sądu. Teraz w tym miejscu jest park i plac zabaw.
- 2010 - likwidacja bazaru przy PKS Stadion. Ostatnia część Jarmarku Europa przestała istnieć bez wielkich akcji. Ciężki sprzęt wjechał, rozjechał i wywiózł to, co zostało z największego bazaru w tej części Europy. Ostatni na placu boju pozostali Wietnamczycy. Część z nich przeniosła się do podwarszawskiej Wólki Kosowskiej.
Ile bierze miasto:
Łódź - 1 zł za worek towaru dziennie
Warszawa - ok. 400 zł za cały towar
Szczecin - 50 zł za dzień przetrzymywania
Gdańsk - 92 zł za pierwszy tydzień, potem 18 zł
Nieodebrany towar po ok. 6 miesiącach przechodzi na własność miasta. Owoce i warzywa trzyma się kilka tygodni, potem niszczy.
Źródło: Metro, str.1-2, z dn.18.07.2011r.
|