|
Miasto powinno skłonić ulicznych handlarzy, żeby przenieśli się w jedno wyznaczone miejsce i przestali szpecić chińskimi majtkami i piwnicznymi gratami ulice w centrum miasta.
Każdy z nas, idąc przez centrum miasta, co jakiś czas zatrzymuje się przy ulicznych handlarkach. Bierzemy kwiaty zerwane na działkach, grzyby, maliny czy koperek. Zwykle cały dobytek takiej handlarki to jedno, góra dwa wiaderka. Lubimy tak kupować. Mamy poczucie, że warzywa czy owoce są świeże, a przy okazji pozwalamy zarobić komuś, kto tego potrzebuje, a nie supermarketowi. - Przychodzę dwa, czasem trzy razy w tygodniu, kiedy wnuczką się nie opiekuję - mówi pani Magdalena, emerytka, która sprzedaje w al. Niepodległości - Sprzedaję to, czego na ogródku mam w nadmiarze. Marchew, jabłka, śliwki. W kwietniu bazie zrywam, zimą mam jemiołę. Milionów to tu nie zarobię. Ale parę groszy się przyda. Policja i strażnicy raczej udają, że mnie nie widzą. Przecież nie robię nic złego.
- Prawo jest równe wobec wszystkich - mówi Joanna Wojtach, rzeczniczka szczecińskiej straży miejskiej. - Pani, która handluje przysłowiową pietruszką czy kilkoma jabłkami, popełnia to samo wykroczenie, co typowi handlarze, którzy rozkładają stoiska z ręcznikami, sznurówkami czy innymi tekstyliami. Ale jest oczywiste, że podejście strażników jest inne. My rozumiemy, że czasem ta sprzedaż kilku warzyw z działki to jest dla takiej osoby zastrzyk gotówki, który pozwala jakoś przetrwać przy skromnej emeryturze, która często nie wystarcza na podstawowe potrzeby. Poza tym nawet, jeżeli upominamy te babcie, to one się nie kłócą, nie przepychają, nie robią awantur. Po prostu zabierają towar albo przenoszą się gdzie indziej. Nigdy nie mieliśmy z tym problemu. Dużo gorsi są ci, którzy handlują od lat i to na masową skalę.
Najwięcej handlarzy rozstawia swoje kramy na pl. Rodła pod Galaxy, przy C.H Turzyn, w okolicach Manhattanu czy na paskudnym, zakurzonym placu przy zbiegu ulic Staszica i Ofiar Oświęcimia. Na "straganach", za który zwykle służy stolik wędkarski lub co gorsza, brudny koc czy gazeta, leżą wkładki do butów, chińskie majtki, staniki, stare garnki, pojedyncze buty, czajniki czy żelazka bez kabla. Okazuje się jednak, że mimo iż są narzędzia prawne, na zaburzających estetykę miasta kupców nie ma mocnych.
Od maja weszło w życie rozporządzenie prezydenta, które pozwala urzędnikom wydziału gospodarki komunalnej i ochrony środowiska konfiskować niezdyscyplinowanym sprzedawcom towar i umieszczać go w depozycie, który powstał w magistracie. Zabranie odbywa się wtedy, kiedy mimo dwóch upomnień straży miejskiej stoisko straszy nadal. Żeby odebrać swój towar, taki uliczny przedsiębiorca musi napisać odpowiednie pismo i zapłacić 50 zł za każdą dobę przechowywania. Od początku maja urzędnicy wraz ze strażą miejską przeprowadzili kilkadziesiąt kontroli. Kilkanaście osób dostało mandaty, jeden mężczyzna, który wdał się w awanturę ze strażnikami i wyzywał urzędników, został zatrzymany i usłyszał zarzuty znieważenia funkcjonariuszy publicznych. W dwóch przypadkach towar trafił do depozytu - raz były to tekstylia, drugi warzywa i owoce w ilościach hurtowych.
Handlarzami postanowili też zająć się posłowie z komisji "Przyjazne państwo". Chcą wprowadzenia zmian w znowelizowanym kodeksie wykroczeń. Za handel bez zezwolenia na terenach gminnych miałaby grozić grzywna do 5 tys. zł i konfiskata towaru, którego przepadek orzekałby sąd. Z powodu kończącej się kadencji Sejmu nie wiadomo jednak, czy projekt zostanie przyjęty. Jak miasto powinno poradzić sobie z ulicznymi handlarzami? Rozwiązanie wydaje mi się proste. Po pierwsze należy wyznaczyć miejsce (lub miejsca), gdzie sprzedawać wolno. Za symboliczną opłatą, ale legalnie. Tam stworzyć możliwości do estetycznego wystawienia sprzedawanych przedmiotów. I skutecznie przekonać kupców, żeby się tam przenieśli. Do tego więcej kontroli SM, regularne mandaty i konfiskaty i jest szansa, że w naszym mieście powstałoby coś na kształt pchlego targu, gdzie można kupić wszystko - od warzyw, przez używane AGD, ubrania made in China, na książkach i antykach kończąc. A na ulicach obok hoteli, kawiarni i banków przestałyby straszyć obłożone bielizną stoliki turystyczne.
Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin, str 2, z dn.05.09.2011 r.
***
W dzisiejszym wydaniu Gazety Wyborczej (dn. 06.09.2011) kolejny artykuł o handlu ulicznym:
"Pchli targ nam niepotrzebny"
- Jedynym skutecznym sposobem jest branie towaru w depozyt. Dużo nas to kosztuje, często są awantury, krzyki, wyzwiska. Ale to skutkuje - mówi Aleksandra Ciszewska ze szczecińskiego magistratu.
Rozmowa o ulicznym handlu
Anna Łukaszuk: Jaką miasto ma politykę walki z ulicznymi handlarzami?
Aleksandra Ciszewska, kierownik WGKiOŚ w szczecińskim magistracie: Jedynym skutecznym sposobem jest branie towaru [należącego do handlarzy] w depozyt. Dużo nas to kosztuje. Często są awantury, krzyki, wyzwiska. Ale to skutkuje. Żeby później odebrać ten towar, handlujący musi zapłacić nie tylko 50 zł za każdą dobę jego przetrzymania, ale też pokryć wszystkie wcześniejsze zaległości wobec miasta za dziki handel. A kara za to wynosi 500 zł za dzień. Stąd biorą się czasem kwoty po kilkanaście tysięcy złotych. Zabezpieczony towar może iść na pokrycie tych długów. Ale wielu handlujących wiedząc, ile mają do zapłacenia, nie zgłasza się po swoje sznurówki czy wkładki do butów.
Czy miasto zastanawiało się nad stworzeniem jednego miejsca, w którym uliczni handlarze mogliby sprzedawać swój towar?
- Pchli targ jest w naszym mieście niepotrzebny. Na wszystkich istniejących targowiskach jest tyle wolnych miejsc, że stojący na ulicach spokojnie by się tam zmieścili. Ale oni nie chcą. Osobiście przeprowadzam kontrole. Podchodzę do ludzi i pokazuję rynek oddalony o kilka metrów. Proponuję, by się tam przenieśli i sprzedawali legalnie. Specjalnie z myślą o działkowiczach, którzy sprzedają to, co zerwą na swoich działkach, obniżyliśmy opłaty za handel. Jeszcze rok temu za m kw. powierzchni handlowej w mieście trzeba było zapłacić 5 zł 10 gr, a za kwiaty 9 zł. Obniżyliśmy stawkę do 4 zł. Targowisko pobiera od złotówki do 2 zł za dzień. W sumie koszt dla handlarza to 6 zł. Ale sprzedawałby legalnie i nie bał się, że zaraz przyjdzie kontrola. Jednak oni wolą ryzykować.
Tłumaczą się tym, że mało zarabiają i że ich nie stać.
- Tak. A ja nawet specjalnie kiedyś usiadłam na kładce przy Manhattanie i obserwowałam kobietę, która sprzedawała konwalie. W ciągu pół godziny zarobiła dużo więcej niż wynosi dzienna opłata.
Z czego wynika takie podejście? To kwestia oszczędności czy raczej mentalności?
- Ludzie przyzwyczaili się przez lata, że są bezkarni. Było im wolno, nie musieli się niczego obawiać. Dodatkowo wiedzieli, że nie mamy skutecznych środków prawnych. Wszystkie mandaty, które były im wystawiane, urosły do takich sum, że stały się nieściągalne. Teraz sytuacja się zmieniła. Ludzie muszą się do tego przyzwyczaić. Myślę, że trochę czasu nam to zajmie. W Warszawie już widać pierwsze skutki dwuletniej ciężkiej pracy służb i urzędników. Handlarze zrozumieli, że zabawa się skończyła.
Jak z problemem radzi sobie stolica?
- Choć sprzedawcy uliczni potrafią robić uniki i mają naprawdę oryginalne pomysły, jak kontrolę przechytrzyć, to likwidacja dzikiego handlu idzie w Warszawie sprawnie. Przede wszystkim od dawna funkcjonuje to, co u nas działa od maja, czyli konfiskata towaru. Są tam też tacy, którzy nie wystawiają rzeczy na sprzedaż na ulicę. Trzymają je w kartonach w samochodach. Więc warszawska policja odholowuje samochód. Ale trudno np. kogoś, kto handluje balonami, a końcówki tasiemek od nich ma przywiązane do szlufki od spodni, rozbierać, żeby mu skonfiskować towar. Są i tacy, którzy przypominają handlarzy z czasów okupacji: noszą wszystko na szyi.
Co pani sądzi o planach nowelizacji kodeksu wykroczeń? Posłowie chcą, by uliczni handlarze byli karani nawet 5-tysięcznymi grzywnami.
- Cieszę się, że na poziomie prac sejmowych ktoś w końcu dostrzegł, że to poważny problem, z którym boryka się cały kraj. Tylko mam pewne wątpliwości, jak będzie z egzekwowaniem tych należności. My nie możemy dużo mniejszych kwot ściągnąć z ludzi, bo nie mają meldunku, bo za mało zarabiają. Co będzie, jak sąd nakaże spłatę grzywny? Kto będzie tych ludzi ścigał?
Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin, str 2, z dn. 06.09.2011 r
|