|
Czujemy niemoc. Jesteśmy bezsilni - mówią strażnicy i urzędnicy w sprawie bezdomnego mężczyzny, któremu gangrena toczy nogi, a który nie chce się leczyć. Psychiatra sądowy dr Jerzy Pobocha komentuje: - Byłaby moc, gdyby była determinacja do rozwiązywania problemów.
"Właściwym określeniem na stan psychiczny, jaki wzbudza u mnie ten człowiek jest udręczenie. Gniją mu stopy. Wydziela charakterystyczny zapach rozkładającego się ludzkiego mięsa. Kiedyś powiedział mi, że ma chorobę Bergera i miażdżycę stóp" - tak Ewa Wędzińska, mieszkanka kamienicy przy deptaku Bogusława, opisuje bezdomnego, który często bywa na deptaku i nocuje w klatce jej kamienicy.
Pani Ewa opisuje "smród po nim zostaje przez parę godzin, oprócz tego w klatkach daje upust swoim potrzebom fizjologicznym, zostawia resztki jedzenia, butelki po tanich winach" [cały list - tutaj - red.]. Kobieta twierdzi, że prosiła o pomoc straż miejską. A usłyszała tylko, że ten człowiek nic jej nie zrobi "dlaczego więc jest tak nerwowa". Urzędnicy i strażnicy twierdzą, że nie mogą nic zrobić z chorym wbrew jego woli. Rzeczniczka straży miejskiej Joanna Wojtach mówi, że "czują wręcz niemoc": - Szereg instytucji głowi się, ale jesteśmy bezsilni, gdy sam człowiek nie chce pomocy. Latem pana ze straszliwymi ranami na nogach sami musieliśmy gdzieś zawieźć. W końcu odwieźliśmy do izby wytrzeźwień - opowiada. - Pogotowie nie zabiera takich ludzi. Pogotowie nie chce zabierać, bo jest "od nagłych zagrożeń życia, a noga nie gnije nagle, więc to sprawa lekarza podstawowej opieki".
Marta Giezek, dyrektorka Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, podejrzewa, że to właśnie temu mężczyźnie jej pracownicy socjalni próbowali pomóc. Latem na ul. Parkowej nieprzytomny (upojony alkoholem) leżał na ulicy. - Nie możemy siłą zmusić kogoś, by przyjął pomoc - mówi dyrektorka. - Lekarz uznał, że ten człowiek nie wymaga nagłej hospitalizacji. Ze schroniska uciekł. Podobnie jak z izby wytrzeźwień. Beata Rynans, kierownik działu pomocy bezdomnym MOPR, twierdzi, że takie osoby nie chcą pomocy. - Zarzucają nam nawet, że naruszamy ich wolność - mówi.
Dr Jerzy Pobocha, przewodniczący Sekcji Psychiatrii Sądowej Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, uważa, że nawet w obecnej sytuacji prawnej służby i urzędnicy mogliby sobie poradzić, gdyby rzeczywiście chcieli problem rozwiązać: - MOPR może zebrać opinie mieszkańców, którzy interweniowali, i zwrócić się do sądu, by ten orzekł czy i jak należy pomóc - wyjaśnia. - Nie trzeba znać tożsamości tego mężczyzny. Sąd zwróci się do policji, by ją ustaliła. Na podstawie opinii biegłych sędzia zdecydowałby, czy ten człowiek ma trwałe zaburzenia psychiczne i potrzebuje częściowego lub całkowitego ubezwłasnowolnienia oraz nadzoru opiekuna bądź kuratora. A może nie potrzebuje, tylko świadomie wybrał taki styl życia.
Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin, str.3, z dn.17.09.2011r.
|