|
"Bo inni tak zaparkowali", "bo mi się spieszy", "bo ja z dzieckiem", "bo źle znaki ustawione". Ci, którzy źle zaparkowali, są zwykle oburzeni, że akurat im przytrafiła się blokada na koło.
Przed świętami razem ze strażą miejską wybrałem się na patrol. Jest godz. 10. Strażnicy miejscy: starszy inspektor Piotr Tomaszewski i inspektor Marek Pietrewicz zapraszają mnie do służbowej toyoty hilux. Najdroższy pojazd miejskich funkcjonariuszy został kupiony na wypadek ich udziału w akcji w trudnym terenie. Takim jak zalana cofką Wyspa Pucka. Cofki na razie nie ma, więc pojemne auto krąży po mieście z 23 blokadami na koła "na pace".
Wystarczyłoby pomyśleć
Ruszamy z ul. Felczaka. Patrol jest w pracy od siódmej. - Rano byliśmy koło Oxygena, mamy tam założone kilka blokad na drodze do szkoły i przedszkola - wyjaśnia Piotr Tomaszewski.
Przejeżdżamy koło Pleciugi. Autokary, które przywiozły dzieci na przedstawienie, nie zmieściły się w zatoczce. Dwa z nich stanęły więc na jezdni, blokując jeden z pasów. Ciężko je bezpiecznie wyprzedzić. Włączamy niebieskie koguty na dachu, parkujemy. Kierowcy autokarów na widok strażników od razu przystępują do ataku. - A gdzie mamy się zatrzymać? A jak zatokę zastawiają zwykłe samochody, to was nie ma - padają pretensje. - Może pan odjechać na inny parking i przyjechać tu, jak opiekun dzieci po przedstawieniu do pana zadzwoni - tłumaczy Marek Pietrewicz. Okazuje się to dla kierowcy zbyt skomplikowane. Bo opiekun nie ma jego numeru komórki, a on komórki opiekuna. "No nie wziąłem i już!". Nie wpadł na taki pomysł. - Brak myślenia, po prostu nie chce się myśleć, zresztą zobaczy pan, co będzie dalej - wzdycha Pietrewicz, kiedy ruszamy (autokary zostały zmuszone do odblokowania jezdni).
Brawo! Tak trzymać
Jedziemy na ul. Wojciecha. Koło szpitala samochody wjeżdżają na chodnik ciągnący się wzdłuż parku. Piesi muszą iść po błocie. Nie ma tu zakazu zatrzymywania się, ale strażnicy egzekwują przepis mówiący, że parkujący musi zostawić pieszemu 1,5 metra wolnego chodnika. Dziesięć aut stojących jedno za drugim zastawia go na całej szerokości. Kiedy strażnicy zakładają pierwsze blokady, przechodzący obok piesi się cieszą. - Brawo! Tak trzymać! Nareszcie! - wołają do strażników. Obok chodnika, przy trawniku, nie da się normalnie przejść. Za dużo błota. Jakiś mężczyzna z walizką na kółkach zszedł więc na jezdnię, by ominąć i błoto, i zastawiające chodnik auta. Kierowca samochodu jadącego ulicą zaczął na niego trąbić.
- Nie widzisz idioto, że takie barany jak ty zastawiły chodnik! - krzyczy na niego zdenerwowany pieszy. Kiedy Marek Pietrewicz i Piotr Tomaszewski zakładają kolejne blokady i wypisują kartki z informacją dla kierowcy, co ma zrobić, pojawiają się pierwsi właściciele zablokowanych aut. - Inni tak zaparkowali, to ja też - broni się właścicielka bmw. - A gdyby kilka aut zjechało do Odry, to pani pojechałaby za nimi? - pyta Pietrewicz.
Właściciele innego samochodu biorą strażników "na litość". Bo przyjechali z dzieckiem do szpitala. Różne są przypadki. Strażnicy przyznają, że czasem faktycznie można rodziców zrozumieć, bo działali w pośpiechu, bo liczyło się zdrowie dziecka. O mandacie się zapomina. Tu widać, że dziecku nic nie jest. Rutynowe badania, co rodzice zresztą przyznają. Mama mogła z nim wysiąść pod bramą szpitala, a tata podjechać dalej i poszukać wolnego miejsca (są pod Medicusem, a w pobliskiej Kaskadzie pierwsza godzina parkowania jest za darmo). Tym razem są tylko dwa "przypadki" z dziećmi. Ośmiu pozostałych kierowców zaparkowało na chodniku, "bo im się spieszyło, a miasto nie zapewnia miejsc". Tylko jeden przyjął karę bez narzekania. Szwed polskiego pochodzenia. Było mu nawet głupio, że zastawił chodnik. - W Szwecji, kiedy przekroczy się dozwoloną prędkość o 30 km na godzinę, ma się już na głowie prokuratora - opowiadał strażnikom.
100 zł wrażenia nie robi
Z ul. Wojciecha jedziemy na osiedlowe uliczki za Oxygenem. Auta tych, którzy zaparkowali tak, że uliczką może nie przecisnąć się wóz straży pożarnej, są fotografowane, a za wycieraczki trafiają wezwania na komendę. Młody mężczyzna upiera się, że zaparkował prawidłowo. Kłóci się, chociaż zastawił część wjazdu na podwórko. Z dokumentów wynika, że ma prawo jazdy od kilku miesięcy. W końcu jednak przyjmuje mandat. Na naszych oczach kierowca renault parkuje na rogu skrzyżowania. Strażnik uprzedza go, że tak nie można. - Aha, dzięki! - odpowiada kierowca. I parkuje na drugim rogu skrzyżowania. Dostaje wezwanie na komendę. Dochodzi 13. Strażnicy muszą zjechać na komendę. Przez trzy godziny interweniowaliśmy w trzech miejscach. Na ul. Wojciecha akcja dała tylko chwilowy efekt. Po południu na chodniku znów stał tam rząd aut.
- Tak jest w większości miejsc, interweniujemy, a po naszym odjeździe znów jest to samo - tłumaczył mi przed pożegnaniem Pietrewicz. - Co mogłoby pomóc? Chyba tylko po 3 punkty karne. Sto złotych mandatu najwyraźniej wrażenia na kierowcach nie robi.






Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin, str.4, z dn. 27.12.2011r.
|