|
Tylko w ciągu ostatniego roku 115 tysięcy złotych – to suma mandatów nałożonych na tych, którzy w Szczecinie śmiecą. Może nie jest to kwota porażająca, ale stanowi realny wpływ do miejskiej kasy.
Narzekamy, że Szczecin tonie w brudzie. Rzadziej jednak się zastanawiamy, skąd biorą się śmieci wśród ulic i miejskich terenów zielonych. Trzeba sobie powiedzieć jasno: to nie obcy z ościennych gmin zwożą do nas odpady, to my je produkujemy i wyrzucamy, gdzie popadnie.
- Za wywóz śmieci trzeba płacić. Koszty te stale rosną. Znajdują się więc tacy, co na tej pozycji w domowym budżecie próbują zaoszczędzić – mówi Joanna Wojtach ze straży miejskiej. - Jedni w ogóle przy domach nie stawiają pojemników na odpady. Inni wystawiają mniejsze niż powinni. Mimo to śmieci produkują, więc nietrudno odgadnąć co z nimi robią.
Taka jest – pokrótce – geneza powstawania dzikich wysypisk w naszym mieście. One wprawdzie nie kłują w oczy tak, jak śmieci weekendami zalegające np. w al. Wyzwolenia czy ul. Krzywoustego, ale szkodzą bardziej. Raz, że dzikie wysypiska to nie tylko stosy papierów, ale często także odpady niebezpieczne: od baterii, przez lodówki i medykamenty, po samochodowe oleje. Dwa, że zalegają zwykle na terenach zielonych dłużej, więc tym skuteczniej niszczą naturę.
Ale paradoksalnie, statystyki straży miejskiej dotyczące kategorii „śmieci” są coraz bardziej optymistyczne. Wprawdzie pokazują, że skala problemu jest ogromna. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że tylko w ubiegłym roku osobom zanieczyszczającym Szczecin wystawiono aż 1035 mandatów na łączną kwotę 115 tys. zł, a miejscy strażnicy dodatkowo przeciwko 31 osobom skierowali wnioski o ukaranie do sądu (do tego 350 pouczeń – przyp. aut.). Z drugiej jednak strony, te same statystyki zawierają bardzo ważną informację, z której wynika, że znika w naszym mieście społeczne przyzwolenie na śmiecenie. Szczecinianie przestali być wobec problemu obojętni. Świadczy o tym fakt, iż dyżurni straży miejskiej odebrali na ten temat w ostatnim roku aż 5 tysięcy zgłoszeń (!).
- Część informacje przekazywały wspólnoty mieszkaniowe i zarządcy nieruchomości – wylicza J. Wojtach. - Ale były też sygnały dotyczące sklepów, często pochodzące od konkurencji. Również mieszkańcy wzajemnie na siebie zgłaszali donosy. Często przez tzw. międzysąsiedzką życzliwość, ale zapewne także za sprawą rosnącej świadomości ekologicznej.
I pewnie też z poczucia, że nic nie ma za darmo. Jeśli ktoś śmieci, tworzy dzikie wysypiska, to jeśli nie złapie się go na tzw. gorącym uczynku, to za uprzątnięcie, wywiezienie i późniejszą utylizację odpadów zapłaci gmina. Konkretnie jej mieszkańcy, czyli my wszyscy. Dlaczego mamy płacić za cwaniactwo i bałaganiarstwo innych?
***
Pomijając ekologiczny i estetyczny aspekt, na pewno oba negatywne, to właśnie merkantylny jest jednym z tych, który ostatecznie może przekonać szczecinian do tego, by nie śmiecili na ulicach, a w lasach miejskich czy na nieużytkach nie tworzyli dzikich wysypisk śmieci. Ryzyko dotkliwej kary i kosztownej odpowiedzialności, w połączeniu ze społecznym napiętnowaniem, powinny skutecznie odstraszać od tego procederu. Tylko czy maksymalnie 500-złotowy mandat w ręce miejskiego strażnika może być skutecznym orężem w walce z zanieczyszczającymi Szczecin?
Arletta Nalewajko.
Źródło: "Kurier Szczeciński", z dn. 5.03.2009r.
|