|
„Nie godzę się na coś takiego w centrum miasta!” - mówi pani Sabina. Pod jej oknami kłębi się tłum pijanych mężczyzn, przekrzykują się stare prostytutki, tandetą i pomidorami handlują postacie jakby żywcem wyjęte z planu „Koszmaru z ulicy wiązów”. Do tego wszechobecny brud i smród. Oto serce miasta – kawałek gruntu na Bramie Portowej zawładnięty przez społeczny margines.
Brama Portowa z charakterystycznym „grzybkiem” jeszcze kilka lat temu była miejscem spotkań i happeningów. Przyszedł inwestor z Hiszpanii, znaczną część placu wykupił i ukrył za ogrodzeniem z falistej blachy. Dawny „grzybek” zamienił w ruinę, a w ziemi zrobił głęboki wykop pod fundamenty budynku w kształcie żagla. Miało być nowocześnie, światowo, ale z inwestycji nic nie wyszło. Hiszpan odszedł, grunt jest teraz własnością pewnej warszawskiej firmy. Za to jego sąsiedztwo... Zgodnie z ewidencją działek, teren należy do miasta, ale faktycznie zawładnęli nim i rządzą menele.
- Siedzą na murkach i się upijają. Zasypiają, robią pod siebie – mówi p. Sabina. - Do tego dochodzą krzyki, bo albo między sobą zbierają na najtańsze piwo w plastikowych butelkach, albo nachalnie zaczepiają przechodniów, żądając pieniędzy.
- Bijatyki w tym miejscu to codzienność. Nawet jak jest spokojnie, to strach przejść. Twarze takie, że człowiek się zastanawia, czy była w więzieniach amnestia – dodaje p. Elżbieta. - Jak czasem piszą o tych, co zabijają dla 3 zł, to właśnie takich tu spotkać można.
- Między tym wszystkim dokarmiane są gołębie. Jest ich tu parę setek, więc łatwo sobie wyobrazić, jaki z ziemi – nie tylko od meneli, unosi się zapach – dodaje kolejna z sąsiadek. - Okna mojego mieszkania wychodzą na dawny „grzybek”. Rankiem nie sposób ich otworzyć: taki smród bije z dołu, bo dodatkowo rozkładają się pozostałości po owocach i warzywach, jakimi tu się nielegalnie handluje.
- Za płotem z blachy wytworzył się specyficzny klimat, którzy przyciąga tego rodzaju towarzystwo. Gdyby było czysto, wszystko zadbane, ci ludzie źle by się tam czuli – dorzuca p. Joanna.
Towarzystwo w sąsiedztwie Netto i KFC to problem dobrze znany szczecińskim służbom mundurowym. Mają go w tzw. harmonogramie działań prewencyjnych. Każdego dnia wielokrotnie docierają tu patrole straży miejskiej i policji. Ale praktycznie niewiele mogą zdziałać. Prawo nie zabrania ludziom siedzieć. Inni za zakłócanie porządku i spożywanie alkoholu, w miejscu publicznym są upominani, rzadko karani.
- Mandat? W większości to ludzie bezdomni, bez środków do życia. Pouczenia? Setki, stale z nimi rozmawiamy. Tłumaczymy, żeby tu nie siedzieli, ale gdy odejdziemy – wracają. Gros z nich trzeba by poddać leczeniu psychiatrycznemu, odtruciu alkoholowemu. Tyle że prawo w naszym kraju mówi, że do tego człowieka nie można zmusić, sam musi tego chcieć. Ci akurat nie chcą – słyszymy od jednego z mundurowych.
- Chcielibyśmy pomóc, przecież nie jesteśmy ślepi. Ale niech nam ktoś da skuteczne narzędzie prawne! - mówi Joanna Wojtach ze straży miejskiej.
Na razie mamy więc na Bramie Portowej do czynienia z bezsilnością wszystkich mundurowych i miejskich służb. Wstyd.
Arleta Nalewajko.
Źródło: "Kurier Szczeciński", str. 10, z dn. 11.08.2009 r.
|