|
Półnaga kobieta o śniadej cerze siedzi na kładce przy Manhattanie. Obok papierowego kubka kartka: "Jestem poparzona, nie mam pieniędzy, zbieram na operację". Przechodnie chętnie wrzucają monety. Czy w ten sposób jej pomagają?
- To wstrząsający widok - mówi Barbara Świetlicka, którą spotkaliśmy przy kładce. - Samo to, że ta kobieta zdecydowała się rozebrać, już świadczy, jak bardzo jej potrzebująca. Myślę, że trzeba jej pomóc. Wrzuciłam drobne. Jak każdy wrzuci, to może w końcu nazbiera.
- Płakać się chce widząc takie nieszczęście - mówi Adrianna Maczek. - To może spotkać każdego. Nie chcę nawet myśleć, jak ta kobieta musi się czuć mając takie ciało. Nie wiem, czy ona ma gdzie mieszkać, jakie ma życie.
Nie wszyscy przechodnie są jednak takiego zdania.
- To skandal, żeby obnażona kobieta siedziała na chodniku w centrum miasta - mówi Franciszek Jerzy, emeryt, który kładką przechodzi codziennie. - Siedzi i krzyczy żeby dać jej 50 groszy. Nie wierzę, że zbiera na operację. Nie wierzę nawet w to, że jest biedna. Ciągle ktoś jej coś daje. Powinna iść do pracy, a nie żerować na innych.
- To jest manipulacja i granie na uczuciach - mówi jeden z okolicznych handlarzy. - Jakby była ubrana, nikt by jej złotówki nie dał. A tak to każdy patrzy i żałuje. Dla mnie to jest koszmarne, że można w ten sposób wykorzystywać ludzi.
Kobieta bardzo słabo mówi po polsku. Z wyraźnym akcentem. Chyba rumuńskim. - Mam na imię Aleksandra. Zdjęłam bluzkę żeby pokazać, że jestem biedna, potrzebująca. Jedni dają, inni nie. Wyżyć się da. Nie robię nic złego, nie kradnę.
Zadzwoniliśmy do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie z pytaniem, czy tej kobiecie nie można jakoś pomóc. Dyrektor obiecał, że natychmiast wyśle tam kogoś, żeby sprawdził, czy kobieta czegoś nie potrzebuje. Po chwili okazało się jednak, że MOPR doskonale zna sprawę.
- Nasi pracownicy wielokrotnie próbowali pomóc tej pani - mówi Marcin Janda, dyrektor MOPR-u. - Ona reaguje dwojako: albo ucieka, albo jest agresywna i rzuca wyzwiskami. Ostatnio nawet postanowiliśmy ją poobserwować. Okazało się, że jest w "towarzystwie" kilku ukrytych mężczyzn, również obcokrajowców, którzy co jakiś czas podchodzą i zabierają z kubeczka to co, nazbierała. Ona sama mówi, że to jej sposób na życie, że jest z niego zadowolona i żadnej pomocy nie chce. W takiej sytuacji nic nie możemy zrobić. Pomagać nie można na siłę.
Bezsilne są również służby porządkowe.
- Za żebractwo teoretycznie możemy ukarać mandatem lub wnioskiem do sądu - mówi Przemysław Kimon, rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. - Ale muszą być spełnione pewne przesłanki. Żebractwo musi być natarczywe i musi trwać jakiś czas. Poza tym musimy udowodnić takiemu człowiekowi, że ma inne dochody.
- Częściej interweniujemy w przypadkach, kiedy w grę wchodzą dzieci - mówi Joanna Wojtach, rzeczniczka Straży Miejskiej. - Wtedy kierujemy to do wydziałów dla nieletnich, staramy się zapewnić dzieciom opiekę. Ale jeżeli są to dorośli i to jeszcze obcokrajowcy, nie możemy nic zrobić. Jak udowodnić komuś na środku ulicy, że nie ma innych dochodów? Zwłaszcza kiedy nie mówi po polsku.
Co robić, gdy mijamy na ulicy żebraka? Ulegać współczuciu czy kierować się rozsądkiem?
- Według mnie absolutnie nie wolno takim ludziom dawać pieniędzy - mówi Janda. - W naszym kraju są instytucje, które pomagają potrzebującym. Dadzą posiłek, mieszkanie, pieniądze na leki. I tam powinni się ci ludzie kierować. A nie siedzieć na ulicy i żebrać wykorzystując wrażliwość ludzi.
Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin, str.2, z dn. 12.05.2010 r.
|