|
Pierwszy sklep z dopalaczami otwarto w Szczecinie w listopadzie 2008 roku. Od tego czasu handel tym asortymentem kwitnie, podobnie jak w całej Polsce. Samorządy, które na początku ostro się wzięły do walki z tą legalną alternatywą narkotyków, dziś przyznają, że są bezsilne. Ręce wiąże im byle jakie prawo.
Najpierw była sprzedaż internetowa, która szybko rozrosła się do stacjonarnej. Dopalacze znalazły się w legalnym obrocie, bo trafiają do sprzedaży jako tzw. produkty kolekcjonerskie, czego polskie prawo nie zabrania. Co więcej – spełniają wszystkie określone normy, mają nawet adnotacje, że nie są przeznaczone do spożycia, a w razie gdy ktoś środek zażyje, powinien się skontaktować z lekarzem. Chociaż taka obłuda wszystkich razi, pozwala na bardzo intratny biznes.
Po otwarciu pierwszego sklepu w Łodzi prezydent tego miasta zawiadomił prokuraturę. Prób zamknięcia punktów handlujących dopalaczami, z uwagi na ich szkodliwe działanie, podejmowano w całej Polsce wiele. Skutki okazały się mizerne. W Szczecinie do walki z dopalaczami ruszył samorząd. Straż miejska rozpoczęła częste patrole przy takich miejscach i legitymowanie młodych ludzi. Inspekcja Handlowa, sanepid, służby celne i skarbowe przeprowadzały wzmożone kontrole przedsiębiorców handlujących tym asortymentem. Po niespełna dwóch latach sklepy z dopalaczami w mieście rozrosły się do ok. 10, a każda z dotychczasowych metod walki z nimi okazała się niewystarczająca.
– Problemem zajmujemy się od samego początku i sprawa jest nie do ruszenia – przyznaje Magdalena Woźniak ze szczecińskiej straży miejskiej. – Nie ma żadnych przepisów, które zabraniałyby handlu tym asortymentem. Jedyne, co możemy zrobić, to organizować częste patrole w pobliżu sklepów i sprawdzać, czy młodzi ludzie nie śmiecą i nie przeklinają.
Radny Tomasz Hinc, przewodniczący komisji Bezpieczeństwa Publicznego i Samorządności Rady Miasta Szczecina, przyznaje, że samorząd zrobił co mógł i jest bardzo zawiedziony, a nawet bezradny, bo nie ma już żadnych narzędzi działania.
– Żałość bierze, że państwo jest w tej materii tak nieskuteczne – mówi. – Staraliśmy się działać z poziomu samorządu jak mogliśmy, oczekując na pomoc ustawodawcy. Ale do dziś skutecznego prawa nie ma. Na nieszczęście handel dopalaczami przenosi się też w rejony szkół.
Na jednym ze szczecińskich osiedli udało się doprowadzić do zamknięcia takiego sklepu, właśnie w pobliżu szkoły. Siły przeciwko dopalaczom zwarło całe lokalne środowisko. Prowadzący biznes odpuścił, bo nękały go kolejne kontrole.
Wiele oferowanych do sprzedaży dopalaczy zawierało benzylopiperazynę (BZP), substancję działającą podobnie do amfetaminy. W maju ub. roku nowelizowana ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii wprowadziła BZP oraz 17 innych pozycji na listę substancji kontrolowanych, co wykluczyło ją z legalnego obrotu. Ale dla producentów tych specyfików to żadna trudność. Usuwają ze składu substancje zabronione, a wprowadzają nowe. Dziś, żeby zmienić tę zakazaną listę, trzeba nowelizować ustawę.
W Irlandii w połowie maja br. rząd zaaprobował nowy projekt prawny, zgodnie z którym za sprzedaż substancji, które nie mieszczą się w opisie istniejących narkotyków, a mają efekty psychoaktywne, grozi 7 lat więzienia. Osobom odpowiedzialnym za zaopatrzenie grozi dożywocie. Nasze Ministerstwo Zdrowia też pracuje nad nowym rozwiązaniem. Kolejna nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii ma pozwolić na szybką reakcję: gdy pojawi się nowa substancja psychoaktywna, minister zdrowia w drodze rozporządzenia będzie mógł zawiesić ją w obrocie na 18 miesięcy, by została dokładnie skontrolowana. Gdy okaże się szkodliwa, trafi na listę zakazanych.
Anna Gniazdowska
Źródło: Kurier Szczeciński, str. 22, z dn. 04.06.2010 r.
|