|
Półtora roku temu w Szczecinie był jeden tzw. fun shop. Teraz jest ich co najmniej 19. Substancje psychoaktywne - formalnie "artykuły kolekcjonerskie" - można sprzedawać legalnie nawet tuż przy wejściu do szkoły. Nauczyciele i rodzice są bezradni. Co robić, by uchronić dzieci przed dopalaczami?
Sklepy, których przybywa w ekspresowym tempie (pierwszy w Szczecinie powstał w 2008 r.), to tylko część problemu, bo handel odbywa się też za pośrednictwem internetu. W miejscowościach nadmorskich w sezonie pojawiły się nawet automaty z dopalaczami. - Jeśli nic się nie zmieni, strach pomyśleć, co będzie za rok, dwa! - mówi szczecińska radna Stefania Biernat, nauczycielka z kilkudziesięcioletnim stażem. - Najgorsze, że sklepy są otwierane blisko szkół.
To zgodne z prawem, bo nie ma żadnych przepisów regulujących minimalną odległość takich punktów od placówek oświatowych. W ubiegłym tygodniu problemem dopalaczy zajęła się Komisja Zdrowia szczecińskiej rady miasta. Prosiła o to w liście otwartym Cecylia Bąk, dyrektor Gimnazjum nr 5 przy ul. Komuny Paryskiej. Alarmowała, że ledwie kilkadziesiąt metrów od szkoły otwarto sklep z dopalaczami Samarytanin. W maju, czerwcu i od 1 września zaczęły się tam ustawiać kolejki. Klientami są głównie dzieciaki z osiedla Książąt Pomorskich, uczniowie wspomnianego Gimnazjum nr 5, SP nr 18, ZS przy ul. Hożej. Rodzice i nauczyciele są przerażeni i bezradni. Mieszankę ziołową lub pillsy (tabletki) można kupić już za 20-30 złotych.
Profilaktyka i protezowanie prawa
Strażnicy miejscy i policja patrolują okolice tzw. fun shopów nawet kilka razy dziennie, ale niewiele mogą zrobić. Ewentualnie ukarać za zakłócanie porządku (zaśmiecanie, używanie wulgaryzmów). I sprawdzić, czy nastoletni klient nie powinien być w szkole.
- Niestety to jest tylko "protezowanie" prawa - przyznaje Krzysztof Kamiński, zastępca komendanta szczecińskiej straży miejskiej. - Żeby skutecznie chronić młodzież przed dopalaczami, trzeba wprowadzić rygorystyczne przepisy, zmienić ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii. A to już zadanie dla parlamentarzystów. To "protezowanie" niedoskonałego prawa to także m.in. kontrole urzędników skarbówki, celników, Państwowej Inspekcji Handlowej. Często kończą się mandatami, zamknięciem sklepu na kilka dni, ale to tylko półśrodki - Urząd Kontroli Skarbowej może ukarać za sprzedaż poza ewidencją (bez paragonu z kasy fiskalnej), Służba Celna sprawdza pochodzenie towaru, PIH kontroluje, czy wszystkie opakowania są poprawnie opisane, czyli mają "instrukcję obsługi" w języku polskim.
Co mogą zrobić radni i miejscy urzędnicy, by zastopować handel dopalaczami?
- Przede wszystkim nasilić działania edukacyjne, profilaktyczne - uważa dr Tomasz Grodzki, szef komisji zdrowia w radzie miejskiej. - Będziemy edukować uczniów, rodziców, nauczycieli - zapowiada Małgorzata Olejnik, dyrektor wydziału zdrowia UM. - W październiku odbędzie się szkolenie dla ponad 100 nauczycieli, pedagogów, pracowników MOPR, strażników, policjantów. Poprowadzi je ekspert od tematyki dopalaczy, dr Tomasz Zakrzewski z Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii.
Nie dodają skrzydeł. Trują!
Radny PiS Tomasz Hinc, przewodniczący komisji bezpieczeństwa, proponuje wyposażenie wszystkich szkół w testy "na dopalacze". - Może nie zawsze będą skuteczne, bo skład chemiczny tych substancji jest modyfikowany, ale przecież mamy na rynku całą gamę testów, można kupić odpowiednie zestawy do badania - przekonuje Hinc.
Badania musiałyby się odbywać jednak za zgodą rodziców. A doświadczenia szkół, które zainwestowały w alkomaty i testy antynarkotykowe, pokazują, że opiekunowie "dziwnie zachowującego się ucznia" rzadko kiedy zgadzają się na "sprawdzenie", czy nie jest pijany lub pod wpływem środków odurzających. - Już sama możliwość przeprowadzenia testu działa odstraszająco. Używanie dopalaczy musi wiązać się z jakąś sankcją społeczną - uważa Hinc. - Póki nie zostaną ustawowo zakazane, trzeba wszelkimi sposobami chronić dzieci i młodzież.
Niestety jest popyt na te produkty. Sklepów z dopalaczami jest w Szczecinie 19 (według straży miejskiej). Ile stoisk funkcjonuje przy centrach handlowych, ile sprzedaje się wysyłkowo? Skala problemu jest ogromna. To są przecież narkotyki, tylko inaczej nazwane. Żeby klienci uwierzyli, że to coś takiego jak napój energetyczny, dodaje skrzydeł. Ale wyniki badań nie pozostawiają złudzeń - dopalacze szkodzą, niszczą organizm, mogą uzależniać.
Czas na radykalne działania, bo tak jak przybywa sklepów, tak przybywa też ofiar dopalaczy. Na oddział toksykologii szpitala dziecięcego przy ul. św. Wojciecha trafiło w tym roku kilkanaścioro dzieci z objawami zatrucia substancjami psychoaktywnymi.
- Pięciu pacjentów "tylko po dopalaczach", reszta po mieszance - narkotyki, alkohol, dopalacze - mówi ordynator oddziału dr Tomasz Jarmoliński. - Dostępność do tych środków na pewno się zwiększyła. W ubiegłym roku nie mieliśmy ani jednego przypadku zatrucia dopalaczami.
Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin, str. 2, z dn.13.09.2010 r.
|